piątek, 21 lutego 2014

I.

"Tak naprawdę samotni jesteśmy wtedy, kiedy sami od ludzi odchodzimy..."
ks. Jan Twardowski

          Mogę kochać. Mogę i także okazywać wszelkie uczucia wobec innych, ale nie będą takie jak być powinny. Zawsze lekko oschłe i maniakalnie patrzące w przeszłość. 
Odchodzę od ludzi żywych co dnia. Co dnia, rano piję znów zimą kawę, szybko szykując się do wyjścia. I co dnia widzę tą samą, zatłoczoną ulice. 
Ludzie biorą mnie za osobą chamską i cyniczną, ale ja tylko mam inny pogląd na świat. Nie patrzę na świat przez pryzmat, patrze na niego z lekkim sceptycyzmem. 
         Nigdy nie umiałam okazać uczuć. Do teraz kryję je głęboko w sobie i przygniatam je ciężkimi kamieniami, zwanymi "nienawiść".
"Każdy człowiek od urodzenia jest zdolny do kochania. Musi jednak wytrwale ćwiczyć, tak jakby dbał o mięśnie". Słowa te padły z ust Audrey Hepburn.
Na ten temat ludzie mają podzielone zdania. Jedni twierdzą, że to kolejny mit, tamtych czasów, zaś inni mają zdanie, że jest to prawda, która boli. Ja jestem po środku.
Dla mnie to prawda i fałsz. Nie jestem pogromcą wszelkich mitów, ale nie umiem określić tego w jednym stanowczym zdaniu, uzasadniając swoją odpowiedź.
"Ze wszystkich rzeczy wiecznych - miłość jest tą, która trwa najkrócej". Słowa Molier'a ukazują skutek uboczny tak zwanej miłości. Ludzie, kiedy zaczynają coś do ciebie czuć nagle tracą odporność. Nie przyjmują tak dużej ilości ciosów słownych, jak kiedyś. Powoli osłabiają się, usychają jak nie podlewana przez długi czas roślinka. Zaczynają od nich odpadać wszelkie marzenia, uczucia. Aż w końcu zostaje tylko ciało, które jest bezwładne. Może myśleć, robić różnie rzeczy, ale nie umie kochać. Zwyczajnie uczucia zostały wypalone.
          Są trzy typy: zauroczenie, zakochanie, miłość.
Zauroczenie zawsze jest chwilowe. Nie czujemy potrzeby aby jeść, nadmiernie się uśmiechamy i te myśli, kręcące się w okół naszej "miłości". Ale to znika. Nie trwa wiecznie. Porównać ten stan mogę do zafascynowania jakimś filmem bądź książką. Po upływie czasu zapominamy, że coś takiego istniało. W tym przypadku ktoś taki istniał.
A co z zakochaniem? Jest to rodzaj stanu emocjonalnego, który jest powiązany z druga osobą. Zwykle charakteryzuje się to tym, że obsesyjnie myślimy o tej osobie i chcielibyśmy przebywać z nią jak najwięcej czasu. Gorzej jest jeśli ten osoby przy nas nie ma. Zwyczajnie cierpimy.
Większość zakochanych osób bez bicia się do dziwnego wewnętrznego uczucia. Za pewne domyślacie się, chodzi mi o "motyle w brzuchu". Uczucie podenerwowania i strachu przed nieznanym, zwyczajnie podwyższają wydzielanie naszej adrenaliny. Podczas podwyższenia się poziomu adrenaliny zachodzi "proces" zabierania krwi z żołądka, po czym zostaje przesłana do mięśni. Ponieważ niższe ciśnienie krwi powoduje czasowe zablokowanie żołądka, skutkuje to niższym apetytem na początkowym etapie naszego zauroczenia.
No, a miłość? Miłość to nic innego jak pojęcie odnoszące się do uczuć, emocji, zachowań i relacji międzyludzkich. Zwykle wiązana jest z takimi pojęciami jak sympatia, troska, szczęście. Każdy z was słyszał o miłości. Może i ktoś z was ją przeżył. Ta miłość. Piękna, cudowna, ale...
Właściwie to całe "ale" w tym jest takie, że albo jest happy, albo end.
           Unikam kontaktu z tymi trzema stanami emocji, zadurzeń. Jednak jestem jak wy człowiekiem i pomimo tego, że zdaje mi się, że jestem osobą niezdolną do okazywania uczuć, mogę się mylić.
Uczę się na swoich błędach, w tym jednakże mam pewne zawahania. Nie umiem nigdy określić swojego stanu emocjonalnego, którym dzielę drugą osobę.
Działa jeszcze coś takiego jak miłość na odległość, ale czy to ma głębszy sens i zakończenie, kończące się szczęściem? Jak dla mnie tak.
Osoby będące ze sobą na pewną odległość muszą sobie bezgranicznie ufać. O co trudno walczyć w tych czasach, w których żyjemy.
Patrząc z perspektywy zakochanej osoby na odległość, nasze myśli skupiają się na tym, czy oby na pewno ta osoba jest wobec mnie szczera.
I to jest nurtujące. Ta głupia obawa, że nasze czarne scenariusze nie są tylko naszym wymysłem.
        Nie umiem określić, czy jestem zauroczona, zakochana, czy to może jednak jest miłość. Chciałabym być czyimś światem i szczęściem.
Ale czy to warto? Warto narażać swoje uczucia, odporność? Tak...
Pomimo tego, że jestem osobą podchodzącą do świata z ogromnym dystansem, to mam świadomość, że jeśli szczęście nie przyszło do mnie teraz, to przyjdzie kilkakrotnie większe.
Po raz kolejny daję czasowi czas. Może i on musi się oswoić z uczuciami, jak ja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz