sobota, 22 lutego 2014

II.

"Samotność jest jak czad, jeśli nie zwrócisz w porę na to uwagi może cię zabić..."
Oliwia Goldsmith

             Definicja samotności jest różna, każdy ma na ten temat inne zdanie. Jednak ja kieruję się stale słowami Ericha Remarque'a, że "samotność nie ma nic wspólnego z brakiem towarzystwa". 
Samotność można określić: subiektywnym zjawiskiem. W tym zjawisku ukazuje się stan emocjonalny człowieka, który najczęściej wynika z braku pozytywnych relacji z innymi. 
            Może niektórzy z was minęli się z określeniem, że ktoś choruje na samotność. Większość psychologów, czy psychiatrów uznaje to za zwykły, chwilowy stan, który po czasie powinien zaniknąć. Jednakże u nie których osób z czasem stan ten nasila się coraz to bardziej. 
Gdy poczucie samotności narasta, nasz tzw. mechanizm obronny zaczyna zawodzić. Wówczas człowiek samotny ucieka z świata rzeczywistego do nierzeczywistego. Jest to skutek mechanizmu fuzji złudzeń. W wyobraźni "zlewamy" się z konkretnymi osobami,  istniejący w fantazji lub żyjący realnie. 
Niekiedy ucieczka ta może iść w kierunku schizofrenicznej izolacji.
Z samotnością wiąże się jeszcze wiele rzeczy, np. obniżona samoocena, co skutkuje na mniejsze zaufanie innym i samemu sobie. 
Jednak najczęstszym skutkiem ubocznym samotności jest samobójstwo. W brukowcach można doczytać się czasami wzmianek o takich przypadkach. Osoba popadająca w głębszą samotność, ma odczucia zbędności na świecie. Myśli krążą tylko w ogół samobójstwa, co skutkuje negatywnie. W bardzo małej ilości przypadkach da się jakkolwiek pomóc. Jest to nierówna walka między człowiekiem, a jego światem budowanym na osamotnieniu. Przytoczyć tu mogę cytat Saul'a Bellow'a: "Smutne to, ale cierpienie jest chyba jedynym niezawodnym sposobem zbudzenia duszy ze snu...". Słowa Saul'a można rozumieć na wiele sposobów. Jednak ja mam na ten temat nie trudne do pojęcia zdanie. Cierpienie jest kolejnym sposobem ucieczki od rzeczywistości. Dlatego czasami dzięki cierpieniu sprawdzamy, czy oby na pewno jeszcze nie umarliśmy. Nie spadliśmy z wysokiego klifu, wprost na ostre skały. Dopadająca martwica, idąca w stronę uczuć, a co za tym idzie? Obojętność.

         Do teraz się zastanawiam, czy oby na pewno nie jestem dalej samotna. Pomimo, że mam przy sobie tych kilku ludzi, dla których dalej żyję i normalnie funkcjonuję. Ale dalej w tych dwóch procentach czuje w środku siebie spustoszenie i totalną obojętność do świata i ludzi.
Więc dlatego przytoczę tutaj sytuację, która spotkała mnie kilkakrotnie.
Zwykle przechodziłam obok tego bez żadnych odruchów okazania pomocy, czy zainteresowania. Ale ostatnio coś mnie tknęło żeby dogłębnie przypatrzeć się tej całej sytuacji.
        Zwykły pająk. Ślizgający się na śliskiej i mokrej powierzchni umywalki.
Usiłował wypuścić sieć lecz nie dawał rady, a za każdym razem gdy wspiął się by zejść, znów spadał. "Dobro duszna" ja postanowiłam mu pomóc. Mając delikatny wstręt do pająków wzięłam go na ręce i wypuściłam. Trzymając go, czułam, że to jest to. Tak, nie jesteś dwulicową zrzędą, ale osobą, która ma uczucia i pomimo swoich wad, dla niektórych jest idealna. 26 stycznia podano mi rękę, w końcu ktoś pomógł mi wstać z tej śliskiej powierzchni i stoję już na własnych nogach, chociaż czasem jeszcze się chwieje. Czy to dalej i tak jest samotność? Samotna nagle się staje, kiedy wchodzę do swojego pokoju. Wszystko jest dobrze póki nie przekroczą progu moich czterech ścian, wtedy wszystko się zaczyna. Wspomnienia, uruchomiony obraz w głowie, co tu się kiedyś działo.
Emocje które do pewnego czasu śpią we mnie, nagle się budzą i tworzą "domową wojnę". Nie mogę wtedy normalnie funkcjonować, a nawet myśleć.
         W okół mnie tylko ciemność. Ja, zimna szyba okna o chłód, przedostający się przez nieszczelne okno.
Czy to można nazwać samotnością? Nie wiem.
Moje oczy znów są za mgłą, a po policzkach tylko chłodne łzy.
Nie jesteś samotna! Jesteś samotna! Wojna. Można to nazwać pewnego rodzaju "Potopem" z Trylogii Henryka Sienkiewicza.
Stoję, mam w ręku szablę, a na przeciwko mnie wróg - samotność. Robię kolejne kroki do tyłu i coś we mnie krzyczy: Stop! Walcz, nie na tym polega życie żeby tak łatwo się poddać!
Weszłam o szczebel wyżej, ale dalej ciągnę za sobą ślady samotności. Pomimo tego, że to co było minutę temu to dla mnie jest już historią, to samotność idzie za mną jak mój cień. Wiernie, dostojnie, nie opuszczając mnie.
          Czytelniku nie bądź mną, walcz o wyższość nad samotnością, ona zżera jak śmiertelna choroba...


możliwa część II tego postu


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz